Zauważyłem ostatnio u siebie dziwny proces, który można by nazwać spadkiem restauracyjnej potencji. Jadam ciut mniej, a i nie ciągnie mnie (przynajmniej od tygodnia) do lokali reprezentujących, choćby umownie, la grande cuisine. Szukam raczej smaków prostych, cen przystępnych, knajp codziennych. Czemu tak się dzieje, do końca nie wiem. Może to podświadomy lęk, że źle zainwestuję w drugi filar i już szukam miejsc, w których wystarczy na zrazy nawet z podłej emeryturki? Chyba jednak nie, bo w dalszym ciągu zakładam, że jak już wprawią mi trzecie zęby, to moczył je będę przez noc w szklaneczce z półwytrawnym alzackim gewurztraminerem, a jedyny filar, którego się boję, to filar wiaduktu nad ulicą Armii Krajowej, bo można się o niego rozbić na śmierć. Tak więc mój obecny stan to nie spadek jedzeniowej potencji, a inne jej, z pewnością zresztą chwilowe, ukierunkowanie. Prostota, taniość i smaczność (takiego słowa chyba nie ma, ale to nic nie szkodzi) - oto mój drogowskaz na najbliższe dni. A potem znów te nieszczęsne ostrygi, bekasy i kwiczoły na postumentach.
Kierując się zatem triadą: "prostota - taniość - smaczność", kontrolnie odwiedziłem "Gospodę na Zwierzyńcu", ulokowaną w realności przy ul. Zwierzynieckiej liczba 7. To lokal niedawno otwarty i przyznać trzeba, że już na pierwszy rzut oka widać, że o wystroju wnętrza nie decydował jedynie pan fliziarz. Gospodę urządzono bardzo starannie, jasno i ciepło. Ma dwie sale (tylko pierwsza, z barem, dla nikotynistów) pełne surowego drewna, a w nich wiele przemyślanych i ładnych detali (choćby kafle piecowe przy ladzie z sałatkami). Nad barem wiszą strąki papryki, warkocze czosnku, wieńce cebuli - nic nowego i żadna ekstrawagancja, ale wszystko do siebie pasuje, nawet sztuczne drzewko w kącie nie razi. Ktoś pomyślał i za to mu chwała.
Ale zacznijmy jeść. Zamówienia składa się przy barze, od razu płaci, a dania do stołu przynosi kelnerka (koncepcja jak u "Sąsiadów"). Wśród zup królują barszcze i żury, za którymi nie przepadam, więc skusiłem się na zupę gospodarza (3,50 zł). Podają ją (inne też) w ogromnych kubkach - potworach, co zupoholicy wiedzieć powinni na wstępie. Gospodarz zaproponował mi kurzy rosół zaciągnięty żółtkiem, z wkrojonymi kawałkami gotowanej kury, kosteczkami ziemniaków, drobniuteńkimi paseczkami rosołowej jarzyny i wielością kaszki perłowej. Smaczny, jak mi Bóg miły! Potem był niechciany, lecz z obowiązku zamówiony żur z kiełbasą (4 zł, kiełbasy dużo), w porządku, lecz nic ponad przeciętność.
Czas zup przeminął szybko, jak przemija uroda prezenterek telewizyjnych, a na stole już spoczywała porcja pieczeni wołowej (10 zł) z porcją placków ziemniaczano cebulowych (6 zł). Mięso doprawdy miękkie, bo z łatwością wchodziło mi włóknami między zęby, co uwielbiam, a czego nie znosi mój dentysta (choć zawsze staram się je potem usunąć). Pieczeń klasyczna, sosik własny. Co do placków mam pewne podejrzenia, że zrobiła je fabryka. Nie dlatego, żeby były niedobre, ale pracochłonne. Bo pokrojoną w kostkę cebulę pewnikiem najpierw zblanszowano, potem wymieszano z ugotowanymi i zgniecionymi ziemniakami, mąką, jajkami itp. Co prawda nigdy nie widziałem czegoś takiego w sklepowych działach z mrożonkami, ale też i niespecjalnie im się przyglądam. Jeśli zrobili to własnoręcznie w gospodzie, to sorry - jak mówi mój nieletni syn z Bronowic.
Spróbowałem jeszcze pieczeni cielęcej (10 zł), bo pieczeń teraz rzadko się spotyka, wszyscy idą na łatwiznę i podają mięso z gryla - jak mówią moi dorośli przełożeni z Warszawy. Też wchodziła między zęby. No i jeszcze kompot (1,50 zł), domowy jak jasny gwint (wiśnie z porzeczkami?), intensywny, bez oszukaństwa - jak mówią wszyscy. A ja mówię Państwu ciao na dwa tygodnie, bo jadę na wywczasy do Słowenii.
Robert MAKŁOWICZ