Jadłem w...

Mielony balonik

Warszawianka

Artykuł ukazał się 25 czerwca 1999


Ogół - przytłoczony aegencyjnym szumem ze świata i rodzimymi wieściami o groźbie powodzi oraz wieloletnim niedoważaniu w "Wierzynku" - nie zwrócił uwagi na informację, która wprawiła mnie w stan odrętwienia: oto gastronomiczno-turystyczni spółdzielcy spożywczy ze "Społem" żądają przeniesienia młodopolskich mebli i bibelotów z "Jamy Michalika" do lokalu "Warszawianka". Swe roszczenia spółdzielcy uzasadniają wieloletnim prowadzeniem "Jamy" (odebranej po wojnie prywatnym właścicielom i przymusowo "uspołecznionej") i poczynionymi przez ten czas wydatkami na utrzymanie zabytkowych wnętrz. Będąc odrętwiały i w stuporze, z trudem słysząc własne myśli, zaprosiłem najlepiej znanego mi estetę, pana Stanisława Mancewicza, do lokalu "Warszawianka" na obiadek, by razem sprawdzić, gdzie trafić mogą secesyjne skarby. Oto rozmowa z p. Mancewiczem, przeprowadzona w drugiej godzinie trawienia posiłku, spożytego w rzeczonej restauracji.

RM: Czy obawiał się pan tej wizyty?

SM: Bardzo. Czas spędzony w tej restauracji w okresie dojrzewania wspominam z obrzydzeniem. Personel toaletowy spożywający posiłki regeneracyjne na oczach publiczności, plastikowa botanika, obsługa w obszernych strojach z epoki księstwa warszawskiego, ciężkie firany i napisy w rodzaju "zakaz wnoszenia własnego alkoholu na obiekt". To rzeczy, których się nie zapomina, sprawy odciskające się mroźnym piętnem.

RM: Czy coś się zmieniło?

SM: Na dole jest teraz bar mleczny. Piętro wyżej nadal panuje atmosfera Pałacu Zjazdów. Utrzymała się koncepcja pomagania klientom cierpiącym na niedokwaśność, jest dla nich w menu specjalny zestaw zdrowotny. Znajdujemy w nim na przykład gulasz wołowy z ryżem i ćwikłą za 6,20.

RM: Pan spożył barszcz z uszkami(2,80 zł) i kotlet de volaille z ziemniakami i sałatką (12,30 zł), ja polecaną dla klientów z dietą nerkową zupę ziemniaczaną (1,60 zł) oraz eskalopki cielęce z dodatkami (11,60 zł). Pański barszcz był, moim zdaniem, paskudny, a kura wyjątkowo sucha. Czy podziela pan tę opinię?

SM: Barszcz miał smak dużych, zakurzonych czerwonych landryn, które można nabyć gdzieniegdzie podczas odpustów zupełnych. Kura przed śmiercią była niewątpliwie dręczona paralizatorem mięśni.

RM: W Karcie dostrzegłem parę przyjemnych rzeczy, np. wino "Egri Bicawer", "Szampan Cin-Cin" czy brizol z pieczarkami. Ale najważniejsze pytanie: czy pana zdaniem materialny dorobek "Zielonego Balonika" dobrze wpasuje się w warszawiańskie wnętrza?

SM: Znajduję tu zgrabną estradkę, spoza kotary wychyla się pan w garniturze z elanobawełny. Nie wygląda na Boya. Pani spożywająca coś panierowanego w okolicach toalety nie wygląda na kuplecistkę, a panie roznoszące dietę nerkową są smutne. Jest tu więc dużo do zrobienia i kadrowo i dizajnersko. Siność ścian zostanie na szczęście zasłonięta malowidłami z "Jamy". Będą tu pasować jak ulał. Kraków zyska - jakby powiedział dyrektor festiwalu Kraków 2000 Bogusław Sonik.

RM: Dziękuję za rozmowę.

Ze Stanisławem MANCEWICZEM rozmawiał Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna