Słowenia oszałamia. Pięknem krajobrazu, serdecznością mieszkańców, wspaniałościami kuchni oraz winnic i prawdziwie środkowoeuropejską, tak bliską mieszkańcowi mi kuchni oraz winnic i prawdziwie środkowoeuropejską, tak bliską mieszkańcowi Galicji, habsburską atmosferą. Wrażenia z mego zaledwie kilkudniowego tam pobytu w sporej broszurce mógłbym zawrzeć, lecz z konieczności ograniczę się do opisu wizyty w jednej tylko restauracji, która szczególnie mną wstrząsnęła. Chodzi o lokal "Kotlar" w miejscowości Kobarid.
Kobarid powinien znać każdy czytelnik Hemingway'a, gdyż występuje w "Pożegnaniu z bronią" pod włoską nazwą Caporetto. To urocze maleńkie miasteczko o białych domach z czerwonymi dachami, którego śródziemnomorski charakter wspaniale kontrastuje z górskim krajobrazem i ośnieżonymi szczytami wokół. Doliną, w której leży Kobarid, płynie arcyzielona rzeka Socza (Isonza). W tych niezwykle pięknych okolicach miała miejsce jedna z największych hekatomb I wojny światowej. Włosi, łamiąc przymierze z państwami Centralnymi, zaatakowali w 1915 r. Austro-Węgry i na szczytach Alp Julijskich zatrzymał się front, przełamany w 1917 r. przez armie habsburskie i niemieckie kosztem setek tysięcy ofiar. W okolicach Caporetto pod czarno-żółtymi sztandarami walczyły też pułki krakowskie.
Ja w Kobaridzie w górze trzymałem jedynie sztandar hedonizmu, nurzając się bez opamiętania w miejscowych atrakcjach. A największych doświadczyłem w restauracji "Kotlar" (Trg svobode 11, tel: 065\85-553, nieczynne we wtorki i środy), która specjalizuje się w daniach rybnych i owocach morza, sprowadzanych w świeżej postaci ze słoweńskiego i dalmatyńskiego wybrzeża.
Dwuosobową kolację rozpoczęliśmy z Agnieszką przystawkami, które podają tam na wielkich, czarnych talerzach w kształcie muszli coquilles Saint-Jacques: tagliatelle z homarem i zestawem różnorakich muli alla Buzara. Domowy, dwukolorowy makaron, wielość kawałków świeżego, jak poranna rosa skorupiaka, winny sos - poezja prawdziwa. Różnych wielkości i skorupek mule, podprawiony winem i pietruszką sos, który czerpałem do ust konchą chitynek - czyż trzeba czegoś więcej?
A było więcej - pod postacią mieszanych ryb z grilla, również na węglu drzewnym upieczonych kalmarów oraz polenty i sałaty. Ryby z grilla składały się z dwóch wielkich jak smoki langustynek, malutkich ośmiorniczek i sensacji zupełnej - słynnego pstrąga z nurtów Soczy, który jest rybą-endemitem, czyli gdzie indziej nie pływa. Ach, ten pstrąg! O jakby orzechowym posmaku, niezwykle mięsny i o zupełnie bezrybim zapachu. Fenomen.
Kalmary również świetne, zupełnie nie gumiaste. No i polenta, za którą przepadam. Do tego białe "domowe" wino w dzbankach, a na deser od firmy dwa ćwierćlitrowe dzbanuszki: w jednym wódka z leśnych owoców zebranych w okolicznych górach, w drugim klasyczny słoweński digestif, gorzkawy, ziołowo-migdałowy. Właściciel, dopytawszy się, skąd przybywamy, przyniósł zdjęcie Aleksandra Kwaśniewskiego, który ucztował w "Kotlarze" jesienią zeszłego roku, przywieziony do Kobaridu przez prezydenta Słowenii. Propaństwowy instynkt nie pozwolił nie okazać mi umiarkowanej radości. A radość prawdziwa wybuchła, gdy okazało się, że za tę ucztę zapłacić trzeba 6100 SIT, czyli ok. 120 zł. O Słowenio, już wkrótce muszę odwiedzić Cię znów!
Robert MAKŁOWICZ