Jadłem w...

Ciągle na dalekowschodnim tropie

Shanghai

Artykuł ukazał się 19 lutego 1999


Jeśli zastanawiałem się kiedyś, czy warto być psem, to tylko przez chwilę i jedynie z powodu możności nielimitowanego snu, bo perspektywa jedzenia, a choćby i samego wąchania suchej karmy szybko wybija z głowy podobne fantasmagorie. Już zwłaszcza przerażająca wydaje mi się perspektywa bycia psem tropiącym, bo trzeba dużo biegać, ale węch mam niezły i ten gruby pan, co prowadzi program o złoczyńcach w telewizji, nie mógłby powiedzieć - gdyby do tropienia mnie wystawili - jak mówi co tydzień, że niestety pies zgubił trop na przystanku pekaesu. Ja trop trzymam i choć nie biegam, to go nie puszczam. Chwyciwszy się tydzień temu baru wietnamskiego, skutecznie doszedłem do restauracji chińskiej.

A trop to nie nowy, bo lokal "Shanghai" już od kilku lat zajmuje pomieszczenia po dawnej kawiarni "Barbórka" (potem przez chwilę restauracji wietnamskiej), znajdujące się w budynku na rogu ulic Szymanowskiego i Czarnowiejskiej, vis a vis Parku Krakowskiego. Już kiedyś nim szedłem, bo w "Szanghaju" (niech to będzie pisane z polska) raz wcześniej jadłem. Pamiętałem, że dają tam owoce w karmelu, bardzo popularny chiński trik deserowy: kawałki różnych owoców obtacza się najpierw ciastem, potem karmelem i od razu kładzie przed jedzącym. Ten musi najpierw zanurzyć każdy kawałek w miseczce z zimną wodą, by wrzący i ciągnący się karmel uległ zestaleniu, a potem, parząc się w jamę ustną, zjeść.

Najwyraźniej jednak nikt więcej o tym nie pamiętał lub pamiętać nie chciał, bo podczas drugiej wizyty sale "Szanghaju" pozbawione były gości całkowicie. Ale co mi tam, zamówiłem najpierw spring rollsy po szanghajsku (4,80 zł) i szaszłyk z krewetek (15 zł). Naleśniki niedobre, kapuściane, o grubym, tłustawym cieście. Szaszłyk dużo lepszy, bo na patyk nadziano zgrabnie, jakby to sam książe Jeremi czynił, nie koktailową drobnicę, a gatunek szlachetniejszy, większy, nie pozbawiany przez przetwórnie chitynowych odwłoczków. Krewetki pokryto jeszcze cienką warstwą ciasta i tak wsadzono na chwilkę do wrzącego tłuszczu, co dało efekt chrupiący i soczysty.

Zupy próbowałem dwie: nieśmiertelną vonton (5,20 zł) i z kaczki (9 zł). Już któryś raz zupy okazują się najmocniejszą stroną naszych dalekowschodnich restauracji. Vonton bez pudła, pierożki delikatne, farsz dosmaczony a wywar przyjemny. Kacza zupa nie jak u braci Marx, bo całkiem poważna - z wielością czarnych grzybów, kaczych pasków i makaronem sojowym.

Zasadniczy posiłek składał się z smażonych grzybów mun (13,80 zł), kalmarów gong bao (19,80 zł), żeberek na ostro w ciemnym sosie sojowym (14,80 zł), sałatki z kiełków sojowych (5,50 zł) i porcji ryżu białego (2,20 zł). Z kalmarów kucharz wykroił formy, zbliżone do szyszek, a umieścił je w sosie m. in. z fasolką szparagową, orzeszkami ziemnymi (wymóg dań pt. "gong bao") marchewką i papryką - niestety konserwowaną a la polonaise (taka sama papryka spoczywała w sałatce z kiełków, a polskiej papryki konserwowej dość się brzydzę). Wbrew obietnicom w karcie nie było to ani trochę ostre, zresztą podobny zarzut podnieść muszę pod adresem żeberek. Te częściowo rozpływały się w buzi, ale niektóre kawałki były twardawe, że aż zęby z pewną trudnością oddzielały mięso od kości. No i - jak się już rzekło - ognia w tym ani trochę. Najbardziej smakowały mi grzyby mun, pływające w trudnym do zdefiniowania ciemnym sosie, pożarłem je szybko i bez pardonu, o co przez długie godziny potem miał pretensje brzuszek i kilka innych organów wewnętrznych. Owoce w karmelu (10 zł) nic się nie zmieniły, nauczony doświadczeniem tym razem uniknąłem bolesnych poparzeń.

I tyle dalekowschodniego tropu. Zaczynam węszyć za sosem koperkowym, knedlami i paprykowaną słoniną.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna