Przywiązuję się do miejsc, dlatego w redakcji siadam przy komputerze jedynie obok Wojtka Gogolińskiego, który zajmuje się oglądaniem w internecie stron winno-alkoholowych, a w przerwach redaguje też dodatek "Co jest grane". Często zerkam mu przez ramię, a na wielkim ekranie widzę np. górę morelowych pestek, wyjętych z palinkowych kadzi w Kecskemecie, winnice koło Alby albo etapy wytwarzania kminkówki - wszystko kolorowe i tak piękne, że aż myśli zebrać nie sposób. Tym razem Gogol (bo tak popularnie go zwiemy) miał wyświetlony spis producentów Chardonnay w Australii i już ładowały się strony z izraelskimi likierami, a ja czułem, że w takim napięciu dłużej nie wytrzymam, więc wyciągnąłem go na obiad.
Mym celem była restauracja "Lapis", otwarta całkiem niedawno przy ul. Szczepańskiej 3. Gogol początkowo nieco się opierał, bo upierał się, że słowo "lapis" oznacza jedynie zapamiętaną z młodości nazwę preparatu w sztyfcie, służącego do usuwania kurzajek (koniec sztyftu należało zwilżyć wodą, nalapisować brzydkie miejsce, a narośl okropnie czerniała i z czasem bezboleśnie odłączała się od ciała). Udobruchał się, gdy podałem przykład lapis-lazula i weszliśmy do środka.
A wchód kojarzy się z nowelką "W piwnicznej izbie" - bo ma niezwykle strome i ciemne schody wiodące do podziemi. Czeluść to jednak swojska, typowo krakowska, starodawna i piwniczno-ceglana, znana z dziesiątków innych lokali. Gdy wzrok przywyknie do mroku i przestaniemy w myślach cytować Goethego (więcej światła!!!!), dostrzegamy, że całość urządzono dość starannie, na stołach są serwety i niebanalne sztućce, a zastawa to przyjemny serwis z Ćmielowa.
Karta dość typowa, z polędwicami z patelni i rusztu (vel grilla), grzybową w chlebie, wieprzowiną z musztardą a la Dijon itp. Są w niej, niestety, dość liczne błędy, zarowno w tłumaczeniu na angielski, jak i w pisowni nazw własnych (np. Cincano miast Cinzano, Marlot zamiast Merlot).
Zaczęliśmy od grzybowej w chlebie (9 zł) i kremu z porów z groszkiem ptysiowym (8 zł). Grzybowa bardzo dobra, dodatkowo z łazankami, ale letnia. Sądzę też, że niepotrzebnie - idąc za głosem mody - wsadzono ją w bochen. Łazanki są już rodzajem zagęszczacza i nie potrzeba dodatkowo ośródki chleba, spełniającego tę samą przecież funkcję. Do kremu przyczepić się nie mogę w żaden sposób (był gorący!), porów zmiksowano dużo, zaprawiając całość nienachalnie śmietaną i koperkiem.
Do następnych w kolejce filetów cielęcych z kurkami (19 zł) domówiłem szpinak (3 zł) i ryż sypki (4 zł). Mięso prosto z patelni, soczyste. Sos rzeczywiście z kurkami, ale wydaje mi się, że nie z mrożonymi, lecz ze słoika, śmietanowy, podprawiony delikatnie curry, smaczny, lecz całkiem bez posmaku grzybów. Szpinak ze sklepowej mrożonki (czemuż to panowie w Hortexie uparli się, by mielić go na miazgę absolutną?!) lecz odparowny całkowicie, czosnkowy, taki, jaki daje mamusia do jajek sadzonych i podsmażonego ziemniaczanego puree. Ryż rzeczywiście sypki, ze sporą gródką świeżego masła na szczycie. Ciepłe uczucia wzbudziła również polędwica wołowa z chrzanem (16 zł), naczosnkowana sumiennie i nie przesmażona, różowawa we wnętrzu (taką dają z definicji, bo nikt o stopień wysmażenia mięsa się nie pytał).
Gdy tylko wróciliśmy do redakcji, Gogol otworzył internetowe strony z belgijskim Napoleonem mandarynkowym. To znak, że jest zadowolony.
Robert MAKŁOWICZ