Jadłem w...

Kilka uwag z Kaszub

Artykuł ukazał się 4 czerwca 1999


Na przełomie maja i czerwca wielu z nas zadaje sobie gorączkowo trudne pytanie - gdzie mianowicie pojechać tym razem na wywczasy, gdzie się kąpać, opalać i co przez ten czas jeść i pić? Nieodmiennie popularnym celem wakacyjnych przemieszczeń rodzimej ludności pozostają rodzime jeziora i morze, a ja akurat stamtąd wróciłem, nakręciwszy dwa odcinki programu telewizyjnego, poświęconego kuchni kaszubskiej, więc może kilka poczynionych na miejscu obserwacji przyda się letnio niezdecydowanym.

Nigdy wcześniej nie byłem w tzw. Szwajcarii Kaszubskiej i muszę przyznać, że to piękne miejsce. Do Kaszubów, jako człowiek z definicji niechętny narodowej unifikacji, zawsze odczuwałem sympatię, bo mimo przeciwności zachowali własną kulturę i język (w PRL-u, w myśl zasady: jedna partia, jeden naród; przyznawano mu co najwyżej status dialektu). Kościerzyna (druga, obok Kartuz, nieformalna stolica regionu) to miasto bardzo przyjemne i zadbane. Gdyby komuś, pierwszy raz będącemu w Polsce, pokazano najpierw Pińczów, a potem Kościerzynę, śmiało mógłby powiedzieć, że jest w innym kraju. To smutne, ale narodowa Polska zawsze podejrzliwie traktowała ludzi, którzy - choć zawsze dawali dowody wierności Rzeczpospolitej - to pisząc, używają umlautów, a wiele ich słów pochodzi wprost z holenderskiego i niemieckiego. Najnowszym dowodem takiej bezmyślności jest prawny zakaz handlu tabaką, będącej dla Kaszubów zdecydowanie czymś więcej, niż używką, bo istotną częścią miejscowej kultury materialnej, opartej na wielowiekowej tradycji.

Mogłoby się zdawać, że kuchnia Pojezierza Kaszubskiego zna tysiące sposobów na przyrządzanie ryb (a ryb nadal w tamtejszych jeziorach wielka obfitość). Nic podobnego. Kaszubi byli biednym narodem, ryby stanowiły jedno z niewielu bogactw okolic, a przecież nie zjada się samemu tego, co można sprzedać i dzięki temu przeżyć. Chciałem ugotować zupę rakową. Choć duże raki królewskie prawie wyginęły, to mniejsze, tzw. amerykańskie, same lezą do sieci bez opamiętania, więc jedyna trudność polega na żmudniejszym obieraniu małych odwłoków. Udało się bez problemu, ale zupa z raków w zasadzie nie istnieje w jadłospisach tamtejszych restauracji, nawet tych, co od jeziora oddalone są o kilkadziesiąt metrów (a raki są tanie, rybacy traktują je niemal jako śmieć).

Świeżutkie, wędzone węgorze to zawsze nie lada gratka. To, co dociera do naszych sklepów, szczelnie zakutane w plastik, suche i twarde jak bocian, jest jedynie smutnym wspomnieniem pachnącej, dającej się rozsmarowywać niczym masło ryby (swoją drogą, czy węgorz nie mógłby dotrzeć do Krakowa wprost z wędzarni w ciągu 24 h?). I różnica w cenach, jakby te ryby przywożono do nas co najmniej z Tajlandii - wędzone węgorze z jezior na miejscu kosztują 40 zł kg, u nas widziałem je po 100 zł kg! Na Helu kilogram wędzonego węgorza kosztuje 68 zł, ale te morskie mają intensywniejszy smak, a ceny na Helu śrubują przybysze z Warszawy.

Do takiej klienteli przystosowali się helscy właściciele pensjonatów i restauracji. Na śniadanie w hoteliku podano nam bez pytania herbatę w szklance, na prośbę o kawę podano w szklance kawę instant ze śmietanką w proszku, biorąc za taki cudowny napój po 5 zł. Smażalni jest mnóstwo, w większości je się z plastikowych talerzy plastikowymi sztućcami, popijając piwo z plastikowych kubków. Ale zatoka jest o niebo czystsza, niż kilka lat temu, a tegoroczne lato wreszcie ma być ciepłe. Postanowiłem więc, gdzie spędzę wakacje. Pojadę do Dalmacji.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna