Jadłem w...

Vivat huzarzy!!!

Artykuł ukazał się w kwietniu 1997


Był rok 1933, gdy trzech węgierskich huzarów-arystokratów: hrabiowie Palffy i baron Sonjok; otworzyło w Wiedniu restaurację "Drei Husaren". Istnieje do dziś, będąc w ścisłej czołówce wiedeńskich i europejskich ekskluzywnych lokali. Dobry Bóg sprawił, że kilka dni temu jadłem tam nad wyraz obfitą kolację - i z błogostanu wyjść do teraz nie mogę. "Trzej huzarzy" mieszczą się w samym sercu miasta, przy małej uliczce Weihburggasse pod numerem 4 (tel: 512-10-920, rezerwacja miejsc w zasadzie konieczna), która jest przecznicą ze słynnej Ka(umlaut)rtnerstrasse. Nie trafić się nie da, wystarczy od Sachera iść w stronę katedry św. Stefana i patrzeć się w prawo, bo szyld widać z deptaku. Nie trafić nie można i z innego powodu: jedzenie zwala z nóg.

Niezwykle wykwintne wnętrze o tradycyjnym wiedeńskim obliczu - to wiedziałem już wcześniej, oglądając zdjęcia w folderach. Ale o jakości kuchni wiedziałem tyle tylko, że w zeszłym roku uzyskała 27 na możliwych 30 punktów w niezwykle prestiżowym restauracyjnym przewodniku Gault-Milleau. Osobiście przekonałem się o potędze "Huzarów" już po kilku minut od usadowienia się przy stole, gdy specjalny kelner od zakąsek przywiózł trzy wózki, wypełnione dziesiątkami niezwykłych, arcykolorowych mini-danek. Wybrałem kilka cieniutkich, jak blacha w Dacii plasterków prosciutto San Daniele (czyli surowej, mocno wędzonej i długo dojrzewającej w przewiewnym miejscu szynki), odrobinę na francuską modłę przyrządzonej, czyli różowej w środku kaczej piersi, mus z gęsich wątróbek i szparagi. Poezja. Współbiesiadnicy raczyli się np. terrine z móżdżku cielęcego (terrine to rodzaj musu, raczyli się np. terrine z móżdżku cielęcego (terrine to rodzaj musu, gotowanego w specjalnych budyniowych formach) i ratatouille (duszone razem z cebulą i czosnkiem na oliwie bakłażany, cukinie, pomidory, papryki itp.). Rozmowy zamilkły i odżyły dopiero podczas wyboru zup. Zdecydowałem się na krem z homara, choć wiedeńska ziemniaczana też wielu miała zwolenników. Decyzji nie żałowałem i nie pożałuję jej do końca życia: aksamitność kremu, intensywność wywaru, podprawionego zapewne startymi chitynkami skorupiaka, wielość mięsa ze szczypców - wszystko wznosiło się pod nieboskłon, bardzo blisko raju.

Lecz cud dopiero miał nadejść. Zjawił się w postaci młodziutkiej styryjskiej jagnięciny w sosie truflowym z ryżem basmati. Na kawałkach różowej i nie do opisania miękkiej polędwiczki położono króciutko upieczono jagnięce wątróbki, a sos z trufli czynił całość przeżyciem największym z możliwych. Jeśli dodam, że popijaliśmy cały czas najlepsze produkty austriackich winnic: a to styryjski Schilcher, a to genialne rieslingi z Wachau, a i próbowaliśmy z przywiezionego stolika wykwintnych morelówek, malinówek, śliwowic czy gruszkówek z wiliamsów - obraz będzie pełny. Na koniec do stołu przybył serwis cygarowy i z mocnym, ciemnym brazylijskim w ustach i kieliszkiem dwudziestoletniego calvadosa w dłoni myślałem o radości, jaką życie niesie. Taka radość również kosztuje, bo przeciętnie drugie danie w "Drei Husaren" to sporo ponad 300 ATS. Cóż, w życiu również za wszystko się płaci. A w najlepszych warszawskich restauracjach wcale nie jest taniej. Za to o ile gorzej.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna