W leniwe popołudnie chodziliśmy wolno ciepłymi, jak oranżada w geesie ulicami Krakowa, bezmyślnie paląc papierosy i zastanawiając się, co i gdzie by tu zjeść. Decyzja zapadała długo, bowiem był wśród nas sam Prezes Galicyjskiej Akademii Smaku, a choć jest to człowiek z natury eskimosio łagodny i o gołębim sercu, to przy nędznej strawie robi się nieprzyjemny niczym wiatr sirocco. A że, o czym już wspominałem, upał lał się z nieba, chcieliśmy wyjątkowo powstrzymać się od konsumpcji zasmażanej kapusty, puree z grochu i duszonych w piwie golonek wielkości niemowlęcia. I oto nagle ktoś wykrzyknął (niech mu to Pan zapisze w ostatecznych aktywach): przecież w "Guliwerze" podają gazpacho!
"Guliwer", restauracja przy ul. Brackiej 6, działa już co najmniej od wiosny (1998 - red.), a ja jeszcze nigdy w niej nie byłem. Nadrabiając zaległości, rozglądałem się pilnie wokół i zamawiałem z hedonistyczną werwą. Wnętrze to miłe, bezpretensjonalne i kameralnej wielkości, choć o klaustrofobii nie ma mowy. Karta międzynarodowa, z drogowskazem w stronę Francji. Ja na początku odbiłem raczej w stronę dawnej Szwajcarii Bliskiego Wschodu, bo na przystawkę zamówiłem taboulet z tuńczykiem (6 zł). A taboulet to francuska trawestacja libijskiego tabbouleh - wspaniałej zimnej sałatki, przyrządzanej z kaszy boulghour oraz oliwy, ziół (m. in. mięty i kolendry), papryki i pomidorów. Guliwerowska jej wersja oczarowała mnie. Zrobiona z kuskusu, nasączona dobrą oliwą, podprawiona cytryną i ziołami, z kawałkami przyzwoitego, wilgotnego tuńczyka w oliwie, z cząsteczkami papryki, pomidorów i oliwkami - świetna! Pochłonąłem z niekłamaną przyjemnością, podjadając przyjemne w smaku gazpacho (5,50 zł), choć ze zbyt wielką ilością pomidorowych pestek - co w zasadzie niczego nie zmienia, poza świadomością, że pomidorom nie usunięto radykalnie wnętrz, a tak każe przepis.
Dalej oddałem się jedzeniu zupy cebulowej (5 zł). Była z gatunku kremów, wyraźnie podciągnięta winem, z serem i grzankami. Choć wolę cebulowe z cebulami z zezłoconymi cebulowymi półplasterkami, to w kategoriach obiektywnych nic miejscowemu kremowi zarzucić nie mogłem. W biegu potrąciłem ledwo szpinakowe mieszki (5, 50 zł) - naleśniki o szpinakowym wnętrzu w mieszki ukształtowane, dobre zresztą, choć może nieco zbyt suche - by dobrnąć niemal do mety: polędwicy wieprzowej w sosie czosnkowym (16 zł) z kluskami bonne femme (4 zł) i puree selerowo ziemniaczanym (4 zł). Mięso (kostki jak do ragout) mięciutkie, sos mocno, choć nie nachalnie czosnkowy, z lekka pomidorowy i podprawiony kuskusem. Kluski świetne, puchate i rozpadające się w buzi, kładzione, niewątpliwie z dodatkiem sera, a kto wie, czy i nie z ubitym białkiem. Puree z selerem korzeniowym.
Po czymś takim należy się deser. Zjadłem zatem naleśniki z malinami i jerzynami (8 zł), pachnące owocami i masłem, a podane z musem truskawkowym i kilkoma listkami świeżej mięty. Doskonałe.
Prezes kraśniał, a i nam lica różowiły się z zadowolenia. Całkiem sobie ten "Guliwer" poczyna przyjemnie.
Robert MAKŁOWICZ