Jadłem w...

W nurtach Gangesu po raz drugi

Restauracja Ganges

Artykuł ukazał się 18 września 1998


W niebiosiech są mi ostatnio przychylni. Oto długo marzyłem, by w Krakowie zaczął ktoś gotować po hindusku, aż otwarto bar "Ganges" przy ul. Krakowskiej, na rogu z ul. Meiselsa. Opisawszy go (przychylnie) kilka tygodni temu, zarazem zastanawiałem się, czy kucharz nie zacznie podlizywać się tym klientom, co za najbardziej pikantną ofertę jedzeniową ludzkości mają fasolkę po bretońsku i paprykarz szczeciński. Asumpt do takich rozważań dał mi brak w karcie vindaloo, genialnej hinduskiej potrawy, osiąganej z grubsza poprzez duszenie pokrojonego w kostki mięsa w bardzo aromatycznym i niezwykle ostrym sosie, m. in z cebulą, odrobiną pomidorów i specjalną mieszanką przypraw zwaną handlowo curry vindaloo. Niedawno poszedłem tam znów i oto co widzę: w karcie dwa rodzaje vindaloo, a potrawy nie dość, że nie "spolszczały", to jeszcze bardziej są podszlifowane i cieszą ciało oraz duszę oryginalną treścią.

Tym, co jeszcze nic o "Gangesie" nie słyszeli, uprzejmie donoszę, że jest to hinduski bar, urządzony bez żadnych ekstrawagancji - długa sala z flizami na podłodze, za jedyną dekorację uchodzi kilka parawanów i widoczki z Indii na ścianach. Miejsce pomyślano jako typowy lokal obiadowy, na uroczystą kolację w smokingach z pewnością się nie nadaje.

Tych natomiast, co już w "Gangesie" byli, ale jakiś czas temu, zainteresuje z pewnością fakt, że karta tam stale się powiększa, a jedzenie zdaje mi się coraz lepsze. Oto samosa (5 zł za dwie sztuki) - czyli rodzaj stożkowatych pierożków z kruchego ciasta (a właściwie pierożysk, bo są wielkości bułeczki), nadziewanych farszem jarzynowym - zdały mi się smaczniejsze, a właściwie jeszcze smaczniejsze. Pierwszy raz zjadłem jagnięcinę rogan josh (10 zł), tzn. pierwszy raz w Polsce i daję słowo, że w tych dzielnicach Londynu, gdzie co drugi pan nosi na głowie nie melonik, a turban, nie jadłem lepszej. Mięso mięciutkie, jak kościec moralny Clintona, sos bardziej pachnący od niejednych perfum.

Potem skosztowałem chicken vindaloo i meat vindaloo (z wołowiny), po 12 zł każde, a do nich placki chapatti (4 zł za 3 wielkie sztuki). Jakże ja to lubię - ten ogień w gębie, który wszkaże nie jest bezmyślnym pieczeniem, a sensownym procesem, pozwalającym odkrywać niezwykłe bogactwo smaku - np. suszonego mango, którym dania wzbogacono. Do tego cudownie intesywna, choć malutka przekąska, pickle (2 zł) - rodzaj pasty, oczywiście z curry, ale z bardzo intensywnym posmakiem zielonych cytryny vel limet. Jeszcze w kilka godzin po czymś takim w człowieku pozostaje przyjemne ciepło, a podniebienie przez długie godziny cieszy się delikatnym smakiem, który trwa uparcie, choć nie uporczywie.

Teraz żadnych wątpliwości już być nie może: "Ganges" to pierwszy w Krakowie lokal w hinduskich rękach, a jego właściciele zamierzają promować oryginalną kuchnię swego kraju. Temu ambitnemu zadaniu należy się klaka. Wszak w opinii wielu bywałych mężów kuchnia hinduska, w Polsce bardzo mało znana, zalicza się do światowej czołówki. Przyjemnie, że pierwsze lekcje albo i korepetcyje pobierać można w drodze z Rynku na Kazimierz.

Robert MAKŁOWICZ

Poprzednia wizyta w Gangesie


Recenzje | Strona główna