Jadłem w...

Grochówkowo-kotletowe wzruszenie

Bar Endzior

Artykuł ukazał się w marcu 1997


Dziś będzie krótko, bo żadne słowotwórstwo, barokko ani rokokko potrzebne nie są, gdy mówimy o flakach, grochówce i wędzonych żeberkach. Tu potrzebne są słowa krótkie jak historia słowackiej państwowości, a zwięzłe i dobitne jak odpowiedź marszałka Cambronne spod Waterloo (który wcale nie powiedział: "Gwardia umiera, lecz się nie poddaje" - co kłamliwe sugerował przypis pod jednym z wierszy Broniewskiego w mym podręczniku szkolnym). Albo i słów nie trzeba wcale - wystarczą mgłą rozkoszy zajdzione oczy tych, co niezwyczajni dobroci, po raz pierwszy skosztują coś z barów w okrąglaku na środku Placu Nowego.

Pisałem już o tym, który nazwy nie ma, ale dumny szyld nad okienkiem w murze wieści "Gulasz, bigos, fasolka". Kilka dni temu czas nadszedł, by zjeść coś w drugim, po prostu "Endzior" się zwącym. Działa na identycznej zasadzie: kilka plastikowych stolików pod parasolami na zewnątrz, okienkowa samoobsługa, cudownie proste menu. Wprzódy pochłonąłem małmazyjne flaki (2,80 zł). Gęste, niczym włoska obrona w czasach catenaccio, miękkie, pachnące majerankiem, pieprzem i zielem angielskim w tak idealne dobranych proporcjach, jakby sama Coco Chanel barwę i współgranie woni dobierała. Potem rzuciłem się na kotlet z kurczaka z zasmażaną kapustą (4,50 zł). Kotlet wielki, mięciutki, soczysty, z chrupiącą panierką - takie mi kotlety smażcie, aż ja i me kubki w proch się obrócą! Kapusta winnie kwaskowa, z tych, co się je długo pamięta. Do tego ćwiartka, lecz nie taka, lecz chleba. Chrupiącego z wierzchu, a o wilgotnym i pachnącym zakwasem miąższu.

Nie mogąc żądz powstrzymać, odwiedziłem również "Gulasz, bigos, fasolkę.". A tam, jak zwykle, poezyjne wędzone i gotowane żeberka oraz kminkowana solidnie kapusta (2,80 zł). No i grochówka cudo (1,60 zł). Z kiełbasą, czosnkowa i majerankowa, konsystencji wręcz półpłynnej.

Na Placu Nowym czas się zatrzymał. Wśród woni żeberek, schabowych i wśród miejscowego towarzystwa dobrze by czuli się bohaterowie książek Sergiusz Piaseckiego. Ba, nawet Wieniawa z komiltonami wpadłby nad ranem (gdyby było pod dachem), by wtrząchnąć kilka pęt białej kiełbasy, żur i żeberka, a może i wypić kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt) angielek siwuchy (gdyby podawano). Nie wpadną, dachu i siwuchy tam nie ma, lecz i tak jest cudownie.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna