Jadłem w...

Odyseja ekwadorska (II)

Artykuł ukazał się 31 grudnia 1998


Lecąc do Quito, ekwadorskiej metropolii, maszyna w barwach holenderskiej królowej ląduje po drodze tylko raz, w Arubie na Holenderskich Antylach. Gdy ponownie wzbiła się w powietrze, przestałem interesować się żałosnymi popisami Antonio Banderasa przebranego za Zorro. Strach z powodu siedzenia w metalowej kapsule, niezrozumiale unoszącej się nad bezkresnymi toniami Atlantyku, powoli ustępował. Już prawie byliśmy u celu.

Pierwszy dzień w Quito minął szybko, lecz przyniósł wrażenia niezatarte, choć nieco inne od oczekiwanych. Spodziewałem się bowiem sterty upieczonych zwierząt egzotycznych i obrzędów voodoo bądź macumby, a tu z okazji 11 XI poszliśmy na polską mszę (w Ekwadorze żyje ok. 100 rodaków), po której nieoceniony Tomasz Morawski zaprosił wszystkich do sal gościnnych konsulatu na finał wielkiego konkursu pierogowego (dostąpiłem zaszczytu bycia jednym z jurorów). Rozszalała się zatem pierogowa orgia, a ja, otępiały kilkunastogodzinnym lotem, wysokością (Quito leży na prawie 3000 m. npm. i jest drugą najwyżej położoną stolicą w świecie) i wrażeniami, uważnie wgryzałem się w serowe i mięsne farsze, badałem konsystencję ciasta, by wydać wyrok jak najbardziej akuratny, nikogo nie krzywdząc. Przyznać trzeba, że pomocą organizmowi służyły krople Wódki Wyborowej, która w Ekwadorze jest dokładnie o połowę tańsza, niż w kraju swego powstawania.

Konkurs wygrała pani Józia Majcherska z Latacunga, która przygotował ruskie. Ta dzielna kobieta pokonała przeszło sto kilometrów, by stanąć w szranki i przywieźć swe pierogi, które nadal lepi z ochotą, mimo że wokół jej domu z pewnością szumią palmy, pełzają jadowite węże, koliberki zachłannie chłepcą kwiatowy nektar, a powietrze przecinają ważki-giganty.

Pierwszym quiteńskim lokalem, odwiedzonym już dzień później, był kubański bar-restauracja "La Bodeguita de Cuba" (ul. Reina Victoria 1721 y La Pinta, tel: 542-476). Tu uwaga wstępna i istotna: w Quito są knajpy z całego świata, od francuskich i włoskich, przez argentyńskie do japońskich i koreańskich, często na fantastycznym poziomie. A wracając do bodeguity - lokal to poezyjny. Ludzie tam częściej się bawią, niż jedzą, my robiliśmy jedno i drugie. Skosztowałem m. in. dania o wdzięcznej nazwie Ropa Vieja, czyli stare ubranie (25 tys. sucre, 1 USD to ok. 6,5 tys. sucre). To wołowina, wcześniej podgotowana, a potem duszona z cebulą, białym winem, czosnkiem, papryką, pomidorami i przyprawami, przypominającymi w smaku teksańsko-meksykańską łagodną mieszankę chili (u nas taką sprzedaje jedynie Kotany'i). Niezbyt ostre, bardzo dobre. Ale podstawowy smak w "La Bodegiuta" to masowo pity koktail Mojito (20 tys. sucre), mieszanka białego, starego rumu Habana, soku z limonek (wraz z całymi owocami), cukru i gałązek miętopodobnego zioła. Dzierżąc w jednej dłoni Mojito, w drugiej maracasy, rozdawane przez obsługę, człowiek zaczyna nieuchronnie pląsać. Gra fantastyczny kubański zespół, a gra m. in. mambę, salsę, latynoski jazz. Koło północy ludzie tańczą już po stołach, a gdy występ wokalny rozpoczyna Anna Maria, właścicielka przedsięwzięcia, zaczyna się histeria, jak na koncercie Rolling Stones. Nie trzeba dodawać, że w "La Bodeguita Cubana" byliśmy potem jeszcze wiele razy.

Robert MAKŁOWICZ


Z powrotem do części I | Dalej do części III

Recenzje | Strona główna