Jadłem w...

Odyseja ekwadorska (I)

Artykuł ukazał się 24 grudnia 1998


Zniknąłem na miesiąc z łamów naszej ukochanej gazety, to prawda, lecz wcale nie dlatego, że umarłem, albo - co gorsze - przekupili mnie dietetycy. Powód milczenia prozaiczny: zwyczajnie bawiłem na wywczasach. Ale że wywczasowym miejscem był Ekwador, więc winien jestem Państwu skrupulatną relację o tamtejszych zwyczajach jedzeniowych. W największym skrócie zajmie to kilka odcinków, a ja przez ten czas, prócz pisania, usiłował będę zgubić nieco tkanki tłuszczowej. Albowiem, jak głosi stare inkaskie przysłowie, nie można być w Ekwadorze i nie przytyć.

Założenia wyprawy jawiły się mocno kulinarnie od samego początku. Oto lecieliśmy wraz z Michałem Ronikierem na drugą stronę matki ziemi jako reprezentanci Galicyjskiej Akademii Smaku, korzystając skwapliwie z serdeczego zaproszenia zamieszkałego od lat w Ekwadorze Tomasza Morawskiego, tejże Akademii korespondenta, pełniącego również zaszczytną funkcję konsula honorowego RP w Quito. Brat Tomasza, Wacław, też Ekwadorczyk z wyboru, również jest korespondentem GAS, a dołączyć miał do nas profesor Jacek Klinowski, godnie reprezentujący Galicyjską Akademię Smaku w Cambridge.

Żelazny ptak w barwach holenderskiej królowej wzbił się dostojnie, acz nie bez hałasu w powietrze, a my - zamawiając kolejne szklaneczki napojów wyskokowych ku pokrzepieniu serc - zastanawialiśmy się, jak spędzić dwanaście godzin amsterdamskiej przerwy w podróży. Nie trwało dłużej, niż trzy kolejki ginu z niestety nieznanym u nas napojem gazowanym bitter lemon, gdy ustaliliśmy oczywistość: w Amsterdamie koniecznie pójść trzeba do knajpy indonezyjskiej. Jak każde dziecko wie, w Amsterdamie knajpy indonezyjskie najlepsze są na świecie, wyjąwszy samą Indonezję.

Żelazny ptak w barwach holenderskiej królowej szczęśliwie osiadł na lotnisku Schipol, a my już po chwili siedzieliśmy w podmiejskiej kolejce, zmierzającej z żelazną, protestancką konsekwencją ku centrum Wenecji północy. W przydworcowym biurze informacji turystycznej nasze pytanie o najlepszą indonezyjską knajpę przyjęto ze zrozumieniem, lecz odrzwia pod podanym adresem zastaliśmy zamknięte. Kierując się nosem, samodzielnie odnaleźliśmy restaurację "Selecta" (1017 Amsterdam, Vijzelstraat 26, tel: 0-20-6239076, za kontakty z klientami odpowiedzialny jest pan Liam Liem). Mieści się ona w samym centrum, 15 minut piechotą od kolejowego Dworca Centralnego, tuż obok Jolly Hotel. Wystrój ma jak najbardziej indonezyjski, palmowo-pagodowy. Wybór dań wielki, ale jasne jest, że u Indonezyjczyków najlepiej zamówić Rijsttafel - co w języku mieszkańców depresji oznacza ryżowy stół.

Rijsttafel ma kilka oblicz, muszą go jeść co najmniej dwie osoby, a nie powinien kosztować więcej, niż mniej więcej sto guldenów. Ryż figuruje w nazwie, ale nie jest dominującym składnikiem, a jedynie dodatkiem do gigantycznej fury żarcia, jaką przez minimum godzinę bezustannie donoszą do stołu. Bo termin ten oznacza cały obiad, łącznie z przystawkami, przystaweczkami, zupami, całym szeregiem dań zasadniczych i deserem. Wszystko jest wyszczególnione w menu i dobór pojedynczych dań wyróżnia jeden Rijsttafel od drugiego i przesądza o jego cenie. Nasz składał się m. in. z aromatycznej, bulionowej zupy, wielkich krewetek smażonych w cieście we fryturze, jagnięciny, wołowiny, drobiu, dziesiątków sosów - by wspomnieć jedynie o filarach posiłku. Małych danek warzywnych wprost nie dało się zliczyć. Wszystko bardzo korzennie aromatyczne, choć nie pikantne, bo Indonezyjczycy to nie Tajowie i ostro nie jedzą.

Pół dnia zleciało szybciej, niż podróż z Krakowa do Myślenic. Mocno ociężali, ale i cieplej na świat patrzący, zmierzaliśmy w stronę lotniska Schipol. Gdy jeszcze większy żelazny ptak w barwach holenderskiej królowej z jeszcze większym hałasem odrywał się od matki ziemi, byliśmy spokojni. Czuliśmy, że tak rozpoczęta podróż szczęśliwy przynieść musi koniec. Stewardesy - niczym rumiane wieśniaczki, oporządzające w wiosenny poranek żywy inwentarz - krzątały się żwawo i radośnie wśród pasażerów, a my z początków zmarszczek na ich nordyckich twarzach staraliśmy się wywróżyć, co też jeść będziemy w Ameryce Łacińskiej. Wróżby wypadły pomyślnie, a rzeczywistość jeszcze bardziej. Lecz od początków poznania dzieliło nas jeszcze kilkanaście godzin.

Robert MAKŁOWICZ


Dalej do części II

Recenzje | Strona główna