Jadłem w...

Halbka pilsnera pod gulasz z paróweczek

CK Dezerter

Artykuł ukazał się w czerwcu 1998


Niemcy jak zwykle zagrali paskudnie, i jak zwykle wygrali. Fakt ten wystarczjąco nas rozsierdził (tzn. nie to, że Niemcy wygrali, lecz że grali w stylu równie interesującym, co film "Telefon 110", że otworzyliśmy sporą butelkę kirschwasser - fantastycznego kroackiego specyfiku z miasta Zadar, produkowanego ze słynnych wiśni marasek, wytrawnego i o mocy 45 proc. A jak już otworzyliśmy - i czarodziejski aromat dalmatyńskiego destylatu wypełnił mieszkanie tak szczelnie, jak woda Titanica - to trochę wypiliśmy. A na drugi dzień, osobliwie po kirschwasser, robię się gargantuicznie głodny.

Szliśmy więc dzień później ze Staszkiem ulicą Bracką, komentując właśnie najświeższe doniesienia światowych agencji o wyborze piłkarza nożnego Ronaldo najseksowniejszym piłkarzem mistrzostw, wyborze dokonanym przez francuskich homoseksualistów. Zastanawialiśmy się, czy w głosowaniu wzięli udział wszyscy francuscy homoseksualiści, i czy głosowali za pomocą kulek, czy może przez naciśnięcie przycisku lub też wychodzenie z sali, czy były jakieś inne kandydatury (jeśli nie, to Staszek powiedział, że czułby się osobiście dotknięty stronniczym pominięciem Bułgara Trifona Iwanowa). Szliśmy tak, a gniew w nas coraz bardziej wzbierał, bo wyobraziliśmy sobie, że homoseksualiści z kraju stłuszczanych gęsich wątrób mogli w ogóle nie wziąć pod uwagę kandydatury Belga Rene van der Elsta. Byłby to skandal, bowiem człowiek ten gra już po raz czwarty na mistrzostwach i też coś mu się od życia należy.

Rozważania przerwał niewidziany wcześniej szyld, ulokowany przy Brackiej pod numerem 6: "Gospoda C.K. Dezerter". Weszliśmy z ulgą, porzucając omawianie ewentualnych typów dla Francuzów z ligi okręgowej, a po chwili zapomnieliśmy o wszystkim, skupiając się na oglądaniu wnętrza (trzy, prosto urządzone sale w amfiladzie) i wczuwając się w jego atmosferę. Jako ludziom tutejszym, przyszło nam to z łatwością: ściany zdobią zdjęcia i bibeloty z czasów Najjaśniejszej Monarchii, z beki leją czeskie budweisera i pilsnera urquella, ręcznie pisana karta zawiera m. in. gulasze i knedle.

Natychmiast poprosiłem o "kocioł bałkański" (6 zł), czyli sympatyczną sałatkę z sałatą, papryką, fetą i oliwkami. Już jaśniejszym spojrzeniem zerkałem na "gulasz z paróweczek" (8 zł) i dwa plastry czeskiego knedla (2 zł). Parówki w sosie gulaszowym to rzecz popularna w Austrii i Czechach, a na Brackiej smakują bez zarzutu, są pokrojone w plasterki, sos mają gęsty i lekko pikantny.

Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zjedzenia rosołu z kluseczkami wątrobianymi (5 zł), bo wątrobiane kluseczki i knedelki uwielbiam, a w polskich jadłospisach to prawdziwa rzadkość. Nie rozczarowały mnie - smakowały bardzo przyjemnie, a i rosół mocny, pięknie ciemny i klarowny, ekstraktywny, nawet znalazłem źdźbło przypalonej cebuli - co świadczy, że robiono go w sposób tradycyjny, bez pomocy wielkich koncernów od liofilizacji. Uszknąłem jeszcze "zupy Honweda z rybą" (5 zł), czyli naprawdę ostrej, pomidorowo-paprykowej polewki z kawałkiem białej ryby (jak sądzę, morskiej, ale w końcu Honwedzi bywali też nad Adriatykiem) - a myślami byłem już przy gulaszu w chlebie (12 zł). W takim chlebku dają gdzieniegdzie zupy, a tu wypchano go bardzo smacznym wołowym porkoltem, zacnie kminkowym i paprykowym.

Na koniec prawdziwa rewelacja. Miejscowe pierogi (12 sztuk za 10 zł) mają poezyjne ciasto, najlepsze, z jakim spotkałem się w lokalu publicznym i świetnym farsz. Dostałem ruskie i z kaszą gryczaną, a jak mi powiedziano, bywają też z mięsem i kapustą. Nie kłamię, lepszych w knajpie nie jadłem, a i rzadko w domach tak dobre podają. Cacuszko!

Będzie gdzie chodzić na obiady. Y piwko.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna