Jadłem w...

Późne botaniczne śniadanko

Cafe Botanica

Artykuł ukazał się 7 listopada 1997


Właściwie nie ma lokali w naszym pięknym mieście, gdzie można by zjeść późne śniadanie, czyli - przepraszam za słowo - brunch, lub wczesny, południowy posiłek, czyli - przepraszam za słowo - brunch; składające się z jakiejś chrupiącej buły, dobrej kawy, soku ze świeżo wyciśniętych cytrusów. Dlatego z niekłamaną radością powitałem otwarcie "Cafe Botanica", która najwyraźniej ma ambicję lukę taką wypełnić.

Lokal działa najwyżej od kilku tygodni, a mieści się przy ul. Brackiej, tuż za rogiem z ul. Gołębią. To dwie, ładnie i starannie urządzone sale. Ciężkie, metalowo-drewniane meble to coś w rodzaju połączenia stylu industrialnego z secesją, a sala pierwsza, dla niepalących, wypełniona jest żywymi roślinami. Druga, dla amatorów tytoniu, spodoba się jednak tylko tym z palących, którzy równocześnie lubują się w ciemnościach. Ja, za cenę niepalenia, wybrałem światło.

"Botanica" czynna jest od g. 8,30 do 22, co jest posunięciem rozsądnym, zważywszy brunchowo-lunchowy (przepraszam naraz za oba słowa) profil. Bo dają tam kanapki z wielkiej włoskiej buły, ciabattą zwanej (2 zł - połówka, 3,50 zł - cała), tosty z arabsko - greckiej pity (2,20 zł), słusznie określonej w karcie mianem podpłomyka, dwa rodzaje sałatek.

Tymi zainteresowałem się wprzódy. Sałatkę alpejską z kaszki kuskus (3,80 zł, z ziołami, oliwą, warzywami i sokiem z cytryny) znam i lubię, a przepis na nią widnieje na każdym, sprowadzanym do Polski opakowaniu z kuskusem. Zamówiłem więc sałatkę Capri z oscypkiem (5,20 zł). Składała się z plastrów pomidora, plastrów oscypka w wersji nie wędzonej, całość posypano suszoną bazylią, a oliwę dozuje się samemu z małych buteleczek z krachlą. Byłbym zachwycony, gdyby użyto świeżej bazylii, bo to akurat jest zioło, które wysuszone nikczemnieje niezwykle, a doniczki z bazyliowymi roślinkami kupić można bez problemu, np. na Starym Kleparzu. No i sprawa oliwy. To dusza takiej sałatki, więc oliwa musi być extra vergine, czyli tłoczona po raz pierwszy na zimno. Tutaj, o ile mnie smak i węch nie myli, użyto jaśniutkiej oliwy hiszpańskiej Goya, nadającej się łacniej do zabiegów kosmetycznych czy pieczenia, niż do konsumpcji w postaci surowej.

Ciabattę jadłem z salami a pitę z szynką, mozarellą i pomidorem - były świeżutkie i smaczne. Zjeść je pomógł mi świeży sok z pomarańczy (3,20 zł szklanka, mają też lemoniadę ze świeżych cytryn w tej samej cenie). Tu jedna uwaga - wiadomo, że wyciśnięty sok z cytrusów, gdy postoi, rozwarstwia się nieładnie, miąższ zostaje na górze, a płyn na dole. To nieunikniony proces, lecz tuż przed podaniem warto na zapleczu go przemieszać, by cieszył oko jednorodną konsystencją. A w ogóle był pyszny i niechrzczony.

Teraz słów parę o kawie. Trzeba nieco podregulować ekspress, bo małą lavazzę (3,20 zł) potraktowano nie dość gorącą wodą, co poza temperaturą napoju poznać można po braku charakterystycznej pianki na jego powierzchni. Podnieciłem się figurującą w karcie wiedeńską Melange (4 zł), czyli tradycyjnie podawaną pół na pół z mlekiem. Była zaprawdę dobra, tylko zastanawiam się, czy nie byłaby jeszcze lepsza, gdyby i mleko przepuścić przez ekspress, pieniąc go przyjemnie. Do kawy wziąłem domowy pieczony sernik (3 zł), rzetelnie przyzwoity i wilgotny, bez żadnych olejków, za to z bakaliami.

Po wszystkim byłem umiarkowanie zadowolony, a zabrakło kilku prostych zabiegów, bym był zadowolony bardzo.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna