Mam naprawdę niezłą wiadomość: do takich miejsc, jak jadłodajnia pani Stasi czy ta z ul. Siennej - gdzie za niewielkie pieniądze zjeść można przyzwoity polski obiad - dołączył bar "Barcelona", usytuowany w narożnej kamienicy ulic Straszewskiego i Piłsudskiego.
Przez lata w tym miejscu mieścił się bar "Uniwersytecki", tłumnie odwiedzany przez brać studencką i emerytów. Jednak ostatnimi czasy miejsce to nabrało dość ruderalnego charakteru, że nawet wchodzić było hadko. Teraz, po remoncie, otwarto je znów.
Bar przeszedł w ręce prywatne (co nie tylko barom dobrze robi), powrócono też do jego pierwotnej nazwy "Barcelona" - bo jak twierdzą wiekowi i doświadczeni obywatele, taką właśnie - zanim stał się Uniwersyteckim - nosił. Wnętrze, poza posadzką, odnowiono, jest tam czysto i nie śmierdzi tak jak dawniej, a w zasadzie nie śmierdzi w ogóle.
Na ścianie wywieszono listę dań. Są tam rożnorakie pierogi, naleśniki z serem, łazanki, gołąbki w sosie grzybowym, kotlet mielony, potrawy jajczane, leczo, kasza gryczana itp. Poszczególnych cen nie będę cytował, wystarczy jeśli powiem, że za gołąbki (nadzienie ryżowo mięsne) z ziemniakami, szpinakiem i dużym kefirem (butelka) zapłaciłem 3,60 zł. Nie pamiętam, kiedy równie tanio jadłem.
A jedzenie naprawdę całkiem, całkiem. Gołąbki pieprzne i smaczne, szpinak do nich wręcz pyszny: z czosnkiem i nie zmielony na miazgę. Sprawiał wrażenie, jakby nie był mrożony, lecz świeży i posiekany na miejscu. Taki szpinak chciałoby się dostawać i w wykwintnych restauracjach.
Pierogi ruskie, których nieco skosztowałem, zaliczyłbym do średniej strefy stanów średnich. Ciasto dość miękkie i farszu sporo, lecz niezbyt doprawionego.
Kotlet mielony to zawsze potrawa nudna, a czasami wręcz trująca. Ten miejscowy zaskakuje in plus, bo choć smakuje tekturą - jak każdy mielony, to jest wyraźnie świeżutki, złociście usmażony i chrupiący.
Natomiast pochwalić nie można sztućców, jakimi zmuszeni są jeść klienci baru "Barcelona". Zrobiono je z aluminium, a jedzenie czymś takim urąga ludzkiej godności, nawet, jeśli ludzkość ma na obiad trzy dychy.
Gdy tam jadłem, tłum był w środku wielki. Kiedy studenci wrócą z wakacji, nie będzie się do "Barcelony" dało wsadzić szpilki. To najlepszy dowód, jak potrzebne są podobne miejsca: tanie, samoobsługowe, z prostym i smacznym jedzeniem, kefirem i kaszą gryczaną. A argumenty o niedochodowości takich barów wsadzić trzeba między bajki, "Barcelona" jest prywatna i na pewno nie prowadzi jej Caritas.
Niemcy mówią: masse macht die kasse. To bardzo mądre przysłowie.
Robert MAKŁOWICZ