Choć nie jestem człowiekiem żelaznych zasad, to nieco zaniepokoiło mnie zachowanie kolegów z redakcji, gdy bez żadnych ogródek przez kilka dni publicznie komunikowali, że właśnie idą do Asi, telefonicznie zamawiają coś u Asi albo od Asi wrócili. Z początku nie pytałem się o szczegóły, bo co to może być za przyjemność z taką Asią, do której wszyscy chodzą. A potem nie musiałem już pytać, bo po powrocie od Asi w brodzie jednego z nich dostrzegłem przezroczyste nitki makaronu sojowego. Chodziło o bar "Asia" i nie imię żeńskie w formie zdrobniałej, a angielskojęzyczną nazwę kontynentu.
Bar ten powstał niedawno w realności przy ul św. Tomasza 6 i prawie równocześnie z sąsiednim lokalem chińsko-wietnamskim, o którym już tu było. "Asia" ma w karcie potrawy wielu narodów (chińskie, wietnamskie, tajskie, indonezyjskie, japońskie) i tylko to wystarczy do smutnej konstatacji, że żadne nie mogą być prawdziwie oryginalne. Barem rządzi ta sama zasada, co tysiącem innych dalekowschodnich przybytków w Polsce, a którą streścić można równaniem: mięsa z woka + mrożona mieszanka warzywna + sos chili z supermarketu = danie orientalne. Wariacje polegają na dodaniu grzybów mun, czasem curry, raz jest więcej czosnku i cebuli, raz mniej, inne też bywają zestawy mrożonek i sosy z butelek, ale rzecz cała wygląda depresyjnie podobnie. W cenę wliczony jest ryż i surówka, przeważnie kapuściana, dania kosztują niewiele, podawane są błyskawicznie, a nawet najnudniejsza wieprzowina pięciu smaków lepsza jest przecież od garmażeryjnych pierogów ruskich, więc bary azjatyckie pełne są słowiańskiej ludności, łaknącej odmiany swego ponurego, kulinarnego losu.
Jedzenie w "Asi" smakuje mi nieco lepiej niż u wietnamsko-chińskich sąsiadów, działających pod szyldem "Phuong-Dung". Zupy bez zastrzeżeń dobre (nie wiedzieć czemu, ale to w orientalnych barach prawie reguła), choć często podają je równocześnie z drugim. Ale już o wieprzowinie na ostro (7,50) nie mogę tego powiedzieć. Paski mięsa były pieprzne i smaczne, ale całość zdominowała mrożona mieszanka warzywna, w której skład wchodziła m. in. brukselka, a brukselkę w potrawach chińskich widzę tak samo chętnie, jak sos ostrygowy w pieczeni huzarskiej albo kapuśniaku.
Filet z kurczaka z tajskim curry (9 zł) skonstruowano podobnie (choć bez brukselki, za to z obowiązkową fasolką szparagową) i w ogóle wszystko jest dość podobne. Ale nie można powiedzieć, by coś było niesmaczne, raczej bez wyrazu, spolszczone i uproszczone, jak tylko się da. Jedyna rzecz, która tam naprawdę bardzo mi smakuje, to przekąska po tajsku: letni albo zimny makaron sojowy z kawałkami wołowiny, paskami (wieloma) czarnych grzybów mun, chili i octem - pikantna i bardzo orzeźwiająca rzecz. Ale jem tam czasem i nie tylko to. Bo - jak się rzekło - jest blisko, tanio i szybko, a w dodatku, co w barach azjatyckich rzadko się zdarza, odzież nie przechodzi natychmiast zapachem smażeniny.
Robert MAKŁOWICZ